niedziela, 24 maja 2015

SUNDERBANY, DZIKIE OBLICZE INDII.

Hej,
ostatnio pisaliśmy, że nasz tekst został wyróżniony w miesięczniku "Podróże", z racji że nie każdy ma ochotę kupować gazetę, czy też latać po sklepach, wrzucamy dzisiaj całość na naszego bloga. Zapraszamy do lektury!

***

Indie kojarzymy z kolorytem, różnorodnością oraz odmiennością. Nam zależało na ujrzeniu jednej z ostatnich enklaw dzikiej przyrody, miejsca gdzie wciąż można spotkać tygrysa. Wybraliśmy się na Sunderbany.
Wzrost gospodarczy i postępujące uprzemysłowienie Indii powodują zepchnięcie na co najmniej trzeci plan kwesti ochrony środowiska. Jeżeli Hindusi zanieczyszczają świętą Gangę, to nie ma co liczyć aby przejęli się losem zwierząt zamieszkujących ich jakże rozległy i malowniczy kraj. Na co dzień kojarzymy Indie z kolorytem, różnorodnością oraz odmiennością, jednak wszystko to zapewniają nam ludzie i szeroko pojęta kultura, którą stworzyli. Nam jednak zależało przede wszystkim na ujrzeniu jednej z ostatnich enklaw dzikiej przyrody, miejsca gdzie wciąż można spotkać tygrysa, wybraliśmy się na Sunderbany.
Park Narodowy Sunderbanów jest olbrzymim terenem zajętym praktycznie w całości przez gęste i trudnodostępne lasy namorzynowe, które pokrywają zdecydowaną większość ponad stu wysp wchodzących w skład całego obszaru. Najlepszym środkiem lokomocji pomiędzy wyspami są oczywiście łodzie, jedne większe inne mniejsze, do niedawna rzadkością były te posiadające silnik spalinowy. Nie powinno to zbytnio dziwić ponieważ zdecydowana większość osad ludzkich, znajdujących się na terenie Sunderbanów nie posiada dostępu do bieżącej wody, elektryczności czy też innych tego typu, wydawać by się mogło podstawowych, udogodnień. Na terenie parku od wieków rządziły zwierzęta, jednak odkąd z Kalkuty zaczęto organizować weekendowe wypady "w dzicz”, teren ten ulega powolnej komercjalizacji.


Wraz z żoną na teren Sunderbanów wybraliśmy się właśnie z Kalkuty, wybierając za przewodników jedno z licznych, lokalnych biur podróży. Cena obejmowała piątkowy wyjazd, nocleg na terenie parku, sobotni całodzienny rejs oraz niedzielny powrót. Los tak chciał, iż trafiliśmy na rodzinne biuro, którego założyciel spędził pewien czas w Polsce. Trasa Kalkuta - Sunderbany zabrała nam około 3 do 4 godzin, tyle mniej więcej zajmuje na terenie Indii pokonanie odległości 150 kilometrów. Jazda busem była raptem pierwszym etapem podróży do sanktuarium dzikiej przyrody, potem czekała nas jeszcze przeprawa barką, ponowny przejazd busem, ponowny rejs barką i oczywiście nieodłączny element transportu indyjskiego - tuk tuk. Po paru godzinach telepania znaleźliśmy się w miejscu jakże odmiennym, jakby przeniesionym z zupełnie innej rzeczywistości. Było spokojnie i czysto, Sunderbany sprawiały wrażenie wręcz opuszczonych przez człowieka, jeżeli porównać by je do okolic Kalkuty, Waranasi czy też New Delhi. Każdy kto był w Indiach wie, iż nieodzownym odgłosem miasta jest klakson, cisza Sunderbanów dosłownie dzwoniła w uszach, po ponad 3 tygodniach w przeróżnych miastach Indii, była to dla nas szokująca odmiana.


Zostawiliśmy plecaki w swoich lepiankach, przygotowaliśmy moskitierę póki jeszcze było jasno i wyruszyliśmy na zapoznawczy spacer po okolicy. Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, w końcu na Sunderbany mieliśmy raptem 3 dni, a pierwsze wrażenie już mówiło nam, że to zdecydowanie za mało. Lokalna wioska przypominała te napotkane już wcześniej na trasie, tradycyjna lepianka stworzona z materiałów jakie dała przyroda. Ściany chat oblepione plackami z krowiego guana, które kiedyś posłuży jako opał. Na uliczkach, jak zwykle, mnóstwo dzieciaków, kóz, krów i czerwonych plam przeżutego betelu. Poza tym pola ryżowe, na których ujrzeliśmy pierwsze stada ptactwa, w tym także jednego z najpopularniejszych ptaków okolicy – zimorodka. Pod koniec tej wieczornej przebieżki było nam dane przepłynąć łodzią aby w pełni zrozumieć fenomen Sunderbanów i lasów namorzynowych, uświadomić sobie znaczenie pływów. Woda w tym regionie, uogólniając, podnosi się i opada dwa razy w ciągu doby. Różnica poziomu wynosi w niektórych miejscach aż 15 metrów! Kiedy fala jest wznosząca nie ma co liczyć na obserwację jakiejkolwiek zwierzyny, kiedy woda znowu opadnie, szeroko pojęta fauna wychodzi z gęstwiny i jest możliwa do ujrzenia. Tak wielka różnica poziomu lustra wody pozwoliła rybakom na wypracowanie banalnej, lecz skutecznej taktyki połowów. Wystarczyło rozstawić tyczki, pomiędzy nimi umocować sieć w odległości mniej więcej 4-5 metrów od linii wyznaczonej przez najwyższy poziom przypływu. Kiedy woda się wznosi sieci leżą na dnie koryta, kiedy osiągnie swój maksymalny poziom, rybacy przepływają łodzią i podnoszą sieci. Efekt jest prosty do przewidzenia – ryby nie mają jak się cofnąć wraz z odpływem i zostają w potrzasku. Po przyjemnym wieczornym rejsie czekała nas jeszcze jedna atrakcja, popularna jak świat długi i szeroki – koncert lokalnej ludności, o którym wystarczy napisać iż zbytnio nie różnił się od tych egipskich, chińskich czy latynoskich. Wszyscy oczekiwaliśmy co przyniesie jutro.
Praktycznie wszystko na zdjęciu, w przeciągu kilku godzin znajdzie się pod wodą.

Prawie że o świcie weszliśmy na pokład większej łodzi, przystosowanej do obserwacji przyrody z wody, na dolnym pokładzie mieściła się kuchnia, a na górnym krzesła dla około 8 osób. Wszystko zadaszone, dość mocno podwyższone z otwartą przestrzenią z przodu. Spłynęliśmy rzeką do najbliższego biura Parku Narodowego Sunderbanów, gdzie dosiadł się do nas umówiony przewodnik. Obecność tego typu ludzi na podobnych rejsach jest obowiązkowa. Z jednej strony pilnuje on porządku i zachowania turystów, z drugiej służy opowieścią o samym parku, roślinności oraz zwierzętach. Fakt, robi to typowo hinduską odmianą angielskiego, jednak po dwóch godzinach jest się w stanie zrozumieć praktycznie wszystko. Po drodze zabraliśmy z brzegu prowiant oraz lokalną kucharkę. Z takim ekwipunkiem, mogliśmy wpływać na teren Parku, rejs miał trwać aż do zachodu słońca.
Na wstępie przewodnik opowiedział historię parku, wyłożył o jego geografii, innymi słowy dokonał streszczenia, podobnego do naszego z początku artykułu. Jego następnym zaleceniem było… udanie się na drzemkę. Tak, zalecił iść spać, bowiem fala była obecnie w szczytowym punkcie i męczenie wzroku oraz głowy nie miało żadnego sensu. Lepiej było zachować siły na potem, kiedy woda zacznie opadać.  Wraz z żoną obudziliśmy się koło południa, od początku rejsu mieliśmy do pokonania ponad 40 kilometrów łodzią. Powoli zbliżaliśmy się do pierwszego przystanku na trasie. Władze Parku Narodowego wymyśliły bardzo sprytny sposób na ułatwienie obserwacji zwierząt. Woda w rzekach jest słona, toteż pobudowano zbiorniki z wodą słodką na wyspach, a w bliskiej im odległości postawiono wieże obserwacyjne. Na pierwszej z takich wież zaobserwowaliśmy daniele, warana, zimorodki, małpy jednak po tygrysach ani śladu. Tablica prowadzona przez pracowników parku informowała iż widziano je z tego miejsca dwa oraz pięć dni temu. Szanse na ujrzenie jednego z największych kotowatych w dziczy jest porównywalna do szóstki w totka, tak naprawdę najlepiej byłoby spędzić na wieży trzy dni z rzędu i może wtedy, w nocy udałoby się chociaż na chwilę ujrzeć tego dostojnego drapieżcę. Istnieje jeszcze jeden problem wież obserwacyjnych, zatrzymują się na nich wszyscy, w tym wycieczki Hinduskie, które wpadają tu na weekend w ramach „skoku w dzicz” z pobliskiej Kalkuty. Niestety kultura turystyczna obywateli Indii pozostawia wiele do życzenia. Wieża obserwacyjna jest oddalona od zbiornika z wodą o jakieś 50 metrów, gdy na nią wchodziliśmy przy wodopoju znajdywały się daniele, 30 sekund po nas do góry dotarli młodzi Hindusi, którzy puszczali sobie dla umilenia czasu muzykę z telefonu, a na widok zwierzęcia wrzasnęli: „HEY! LOOK! DEER!” Oczywiście rzekomy jeleń znajdował się wówczas w stanie przyśpieszonego odwrotu od wodopoju. Cóż trzeba płynąć dalej.

Lasy namorzynowe.
Kolejny etap rejsu upłynął na obserwacjach dzikich zwierząt, których na szczęście nie zabrakło. Widzieliśmy liczne stada jeleni, krokodyla, olbrzymią pływającą kobrę, warany, małpy, mnóstwo krabów wszelakich rozmiarów i kolorów oraz niezliczone gatunki ptactwa z orłem białym na czele. Orzeł ów był największym osiągnięciem dla naszej grupy, ponieważ można go ujrzeć niezwykle rzadko i nawet nasz pokładowy przewodnik był zachwycony widokiem. Żywego tygrysa nie udało się dostrzec, musieliśmy zadowolić się jedynie majestatycznym odbiciem łapy w błocie pozostawionym tuż po ostatnim przypływie. Znajdował się w okolicach wodopoju i zdaniem przewodnika, tygrys przechodził tędy ostatniej nocy. Z racji iż fala pływowa na Sunderbanach osiąga od 3 do 15 metrów wysokości, mogliśmy mówić o dużym szczęściu iż trop ten nie został rozmyty przez poranny przypływ. Dla nas widok ten był jak najbardziej satysfakcjonujący, był swojego rodzaju dowodem na obecność tych majestatycznych kotów, podpisem, autografem. Zdawaliśmy sobie sprawę iż możliwość ujrzenia dzikiego osobnika na żywo graniczy z cudem. Nic w tym dziwnego, tygrysy starają się unikać towarzystwa ludzi, większość ataków śmiertelnych zdarza się podczas okresu zbierania miodu przez tubylców, kiedy to lokalni mieszkańcy zapuszczają się w głąb namorzynowych lasów. Chciałoby się zostać na dłużej jednak słońce niechybnie dążyło ku zachodowi, trzeba było wracać.
Przez środek fotografii przebiega trop tygrysa - należy się lekko przyjrzeć :)
Powrót do bazy noclegowej, zawsze jest swoistym czasem na przemyślenie minionego dnia. Co widzieliśmy? Czy było warto? Dla każdego kto kiedykolwiek był lub będzie w Indiach, Sunderbany wydadzą się elementem nie pasującym do tego kraju. Gdyby nie grupy Hindusów z Kalkuty człowiek mógłby rzeczywiście odnieść wrażenie iż przekroczył granice państwa. Park jest cichy, dziki i zielony, można w nim odetchnąć pełną piersią i zapomnieć o sforze tuk-tuków, ciężarówek i niekończącym się koncercie klaksonów. Jest to miejsce gdzie prawdziwie króluje dzika przyroda, jednak jak to zwykle bywa w tego typu zielonych oazach, na horyzoncie widnieje już zagrożenie ze strony cywilizacji, ze strony przemysłu oraz szeroko pojętego postępu. Nie wiadomo ile jeszcze czasu Sunderbany będą mogły cieszyć się wspomnianym spokojem. Bliskość Kalkuty powoduje napływ turystów, co z kolei sprawia iż obszar ten staje się łakomym kąskiem pod inwestycje, które wydzierają matce naturze kolejne skrawki ziemi. Polne drogi zostają zastąpione asfaltem, łodzie drewniane, olbrzymimi promami, a same pływy zachęcają do wykorzystania wody jako źródła energii. Czy Sunderbany podzielą losy dżungli amazońskiej, rzeki Jangcy oraz innych pereł natury, które musiały poddać się woli człowieka? Oby nie. Nie mniej jednak jest to miejsce, które każdy zafascynowany klimatem Indii , powinien zobaczyć i odczuć ten niesamowity kontrast na własnej skórze.

Mamy nadzieję, że tekst i Wam przypadnie do gustu. Wracamy już niedługo, z kolejną dawką hinduskiej odmienności. Do zobaczenia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz